Kambodża 2007 - pierwsze wrażenia
Podobne strony:
Kambodża 2003 – opis podróży
Kambodża 2007 – opis podróży
Kambodża 2007 – pierwsze wrażenia
Smażone tarantule w Skuon – Kambodża 2007
Chaos w Halong Bay – Wietnam 2007
Wietnam 2007 – opis podróży
Wietnamskie marudzenie – Wietnam 2007
Kambodża 2003 – opis podróży
Kambodża 2007 – opis podróży
Kambodża 2007 – pierwsze wrażenia
Smażone tarantule w Skuon – Kambodża 2007
Chaos w Halong Bay – Wietnam 2007
Wietnam 2007 – opis podróży
Wietnamskie marudzenie – Wietnam 2007
W co ja się wpakowałem? Przecież nie cierpię gorąca. Mogłem pojechać do Mongolii, albo chociaż zostać na zimę w Szanghaju, ale nie, musiałem się pchać do ciepłych krajów...
Jest dopiero pierwsza po południu, przyleciałem do Kambodży jakieś czternaście godzin temu – i już mam dość. OK, żart.No tak czy inaczej. Kilka dni temu na jednej z polskich witryn internetowych ukazała się informacja, że gdzieś w Kambodży odnalazła się kobieta, która zaginęła w dżungli kilkanaście lat temu, jeszcze jako dziecko. Dla żartu skomentowałem ten tekst, że we wtorek właśnie wybieram się do Phonm Penh, więc może się z nią spotkam.
Jakiś 'uczony w piśmie' bałwan odpowiedział na to: Korea to nie Kambodża, ty kretynie, ale najwyraźniej cztery tysiące kilometrów różnicy to dla ciebie nic...
W przeciwieństwie do coniektórych, ja jednak Phenian i Phnom Penh odróżniam...
Tak przy okazji, odległość pomiędzy Szanghajem a Phnom Penh wynosi 3024 kilometry.
Moja podróż zaczęła się dość średnio, wsiadając do autobusu jadącego na szanghajskie lotnisko walnąłem głową o framugę drzwi, z taką siłą, że aż zgrzytnęły mi zęby, świetny pomysł, żeby tylne drzwi miały tylko półtora metra wysokości, ponieważ nad nimi znajduje się panoramiczne okno. Na szczęscie moja czapka złagodziła trochę uderzenie.
Nakłamałem przechodząc przez kontrolę celną mówiąc, że nie mam przy sobie nic droższego niż pięć tysięcy dolarów.
Lot był spokojny, cyrk zaczął się tuż po wylądowaniu.
Była północ według chińskiej strefy czasowej, jedenasta wieczór w Kambodży. 22 stopnie ciepła. Poprzedniej nocy fatalnie spałem, nie mogłem też zasnąć w samolocie i byłem dość zmęczony.
Kiedy ląduje się w PP na lotnisku, bez wizy, można ją dostać na miejscu, od ręki. Trzeba tylko mieć przy sobie paszport, wypełniony wniosek wizowy, jedno zdjęcie paszportowe i dwadzieścia dolarów amerykańskich w gotówce.
Podchodzi się do kontuaru, za którym siedzi ośmiu umundurowanych urzędników, daje się pierwszemu po lewej wszystkie papiery (poza pieniędzmi), a następnie przechodzi się na drugi koniec biurka. Co dokładnie i w jakiej kolejności robią ci wszyscy siedzący pośrodku to nie wiadomo, ale po kilku minutach daje się ostatniemu w rzędzie urzędnikowi gotowkę, a ten zwraca paszport z wizą, plus pokwitowanie.
Dostałem wizę tylko z moim drugim imieniem (dla przypomnienia, moje imiona to Arkadiusz Jerzy, na wizie stało tylko - Jerzy), poza tym panowie zapomnieli wpisac litery AM z numeru mojego paszportu.
Wróciłem do kontuaru, wyjaśniłem problem, facet się zaśmiał – haha, to nie problem, nie problem, jeżeli wszystkie pieczątki są w porządku, to nie problem.
Zobaczymy. Kiedy wrócę do hotelu mam zamiar zadzwonić do polskiej ambasady i się zapytać, za jakieś dziesięć dni jadę do Wietnamu i wcale nie mam ochoty być zawróconym z granicy (tak przy okazji, wczoraj na lotnisku w Szanghaju jakiś facet został odesłany z kwitkiem z kontroli paszportowej, żeby to było jeszcze bardziej tragicznie nieśmieszne, był pierwszy w kolejce, więc musiał czekać i czekać, o ile dobrze zrozumiałem to coś tam w paszporcie miał nieważne).
Miałem zamówiony transport do hotelu, jakiś młody chłopak czekał na mnie, okazało się, że będę jechać czarnym Mercedesem z przyciemnianymi szybami. Po drodze do hotelu o mały włos ten śliczny Mercedes prawie zamienił się w kupę złomu, kiedy półciężarówka holująca rozbite w innym wypadku auto terenowe nie usunęła się z drugi i mój kierowca musiał gwałtownie hamować, alternatywą było albo nabicie się na drzewo, albo kolizja z wyżej wymienioną półciężarówką.
Mój pokój w hotelu jest w porządku, duży, czysty (nie licząc dziwnych zacieków na ścianach łazienki), mam klimatyzację, w telewizorze jest mniej więcej milion kanałów – nie ma pornografii, jak w hotelu w Battambang, w którym spałem cztery lata temu (serio, po dziesiątej wieczorem tamten hotel oferował swój własny kanał z dość śmiałym materiałem), ale jest na przykład Animal Planet, pierwsze co zobaczyłem na ekranie to klip z jakiegoś mieszkania w Nowym Jorku (Animal Contro) i usłyszałem słowa – mamy dziesięć martwych szczeniaków...
Okno w pokoju nie chciało się zamknąć, ale rano odkryłem, że po zewnętrznej stronie jest stalowa krata, więc to nie problem.
Zwlekłem się z łóżka o dziewiątej, załatwiłem wysłanie paszportu do wietnamskiego konsulatu po wizę, poszedłem na przechadzkę po centrum PP. Miasto jest interesujące, kolorowe, ciekawe, pełne życia... Gorące jak jasny...
Wytrzymałem trzy godziny, poszedłem do najsłynniejszej w mieście świątyni, na centralny bazar, jeszcze w jedno miejsce, miałem zamiar zwiedzić Pałac Królewski, ale jest za ciepło. Ponad trzydzieści stopni, dziesięć kilo sprzętu fotograficznego na plecach, wędrowanie w takich warunkach to dość ciężka praca.
Więc do diabła z królem, do diabła ze skarbami sztuki, mogę zawsze pójść jutro. Śniadanie jadłem dopiero w południe, teraz chowam się w kafejce internetowej.
W czasie przechadzki zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć, ale poprzeczkę mam ustawioną wysoko i teraz ponad połowę wywaliłem w odchłań cyfrowego niebytu.
Na targu w centrum miasta widziałem stragan ze smażonymi insektami, szarańczą, karaluchami, czy co to tam było, nie miałem odwagi spróbować... Poza tym napychanie się smażonym paskudztwem to pewnie niezbyt dobry pomysł, nie przy pustym żołądku.
Może jutro...
Dość dziwnie boli mnie głowa, jak kac po piwie, kiedy poruszam głową za gwałtownie to czuję się jakby mój mózg obijał się o czaszkę.
Wczoraj wieczorem wypiłem tylko jedno piwo, więc to nie to – właśnie przyszło mi na myśl, że to prawdopodobnie przez mój wczorańszy incydent w autobusie w Szanghaju.
Jutro zwiedzam PP, szybki wyskok tuż za miasto, a w piątek wyjeżdżam na dziki, dziki wschód.
04.2007


Autorze