foto - ag.com
Chiny - Malezja - Hong-Kong
Kambodża - Laos - Tajlandia
Wietnam - Singapur - Makau
Logowanie
login:
hasło:
Zapamiętaj mnie
Shanghai
Jesteś tutaj: Start > Teksty > Laos

Laos 2002


Ut tellus dolor, dapibus ege lemen tumrsus eleifend, nean auctor wisi. Aliquam erat volutpat. Duis aturpis. Integer rutrum ante eu.


Ut tellus dolor, dapibus ege lemen tumrsus eleifend, nean auctor wisi. Aliquam erat volutpat.


Ut tellus dolor, dapibus ege lemen tumrsus eleifend.


Ut tellus dolor, dapibus ege lemen tumrsus eleifend, nean auctor wisi. Aliquam erat volutpat.

Vientiane

Świeci słońce, na chodnikach leżą zeschłe liście. Kurz. Co jakiś czas powoli przejeżdża samochód, gdzieniegdzie na parapecie śpi kot. Ludzie nie spieszą się, przechodzą powoli, chowając się w cieniu drzew.

Tak można opisać koniec lata w niewielkim, sennym, trochę zapomnianym miasteczku.

Ale jest koniec stycznia, a miasto jest stolicą kraju. To Vientiane, stolica Laosu.
Laos to niewielkie, pozbawione dostępu do morza państewko w Azji południowo-wschodniej. To jedno z najbiedniejszych państw świata, prawie pozbawione przemysłu, którego pięć milionów mieszkańców utrzymuje się głównie z rolnictwa i turystyki. Nie ma tutaj kolei, autostrad, międzynarodowe transakcje walutowe pochłaniają mnóstwo czasu. Miejscowa waluta, kip, nie jest wiele warta. Banknot o najwyższym nominale to 5000, a jeden dolar USA wart jest (luty 2002) prawie dwa razy więcej. Większe zakupy warto więc robić w dolarach, albo tajlandzkich bahtach - obie te waluty są w zasadzie legalnym środkiem pieniężnym - oszczędzając sobie tym samym noszenia grubych zwitków pieniędzy.
Na przejściu granicznym zjawiam się punkt szósta rano. Odprawa przebiega sprawnie i już po chwili, z Irlandczykiem, Włochem i parą Szwedów, którzy przyjechali ze mną z Bangkoku jadę do centrum miasta. Ulice powoli budzą się do życia, gdzieś pieje kogut. Poboczem idzie grupa mnichów buddyjskich, w rękach kosze na datki. Mieszkańcy przydrożnych domów czekają już z jedzeniem, czasem pieniędzmi.
Buddyzm jest dominującą religią w Laosie. Od każdego mężczyzny oczekuje się, że po skończeniu szkoły, a przed podjęciem pracy spędzi jakiś czas w klasztorze, żyjąc jak mnich. Dawniej był to rok, obecnie wystarczają dwa, trzy tygodnie.
Vientiane - najwyższy budynek jaki widziałem ma pięć pięter wysokości. Tylko główne ulice są asfaltowe, te mniej ważne to po prostu bite "wiejskie" dróżki. Vientiane nie ma za wiele do zaoferowania, kilka świątyń, dwa muzea - sztuki religijnej oraz Muzeum Rewolucji, kilka stup. Wieczorem najlepiej pójść na brzeg rzeki, Mekongu, gdzie tuż przed zachodem słońca pojawiają się maleńkie restauracje serwujące tajskie, chińskie i oczywiście laotańskie potrawy. "Ogródki piwne" zapraszają, a miejscowe piwo Beerlao jest smaczne i tanie. Jeszcze jedna pozostałość kolonialnej przeszłości - chleb. Terytorium Laosu należało kiedyś do Francji, bagietki można kupić na każdym kroku.
Autobus nr 1, przedsionek piekieł...
Jadę na północ, w stronę granicy z Chinami. Na stacji autobusowej zjawiam się w ostatniej chwili, autobus do Vang Vieng już odjeżdża. Mój plecak ląduje na dachu, wsiadam. Jestem jednym z ostatnich pasażerów i nie ma już miejsc siedzących. Vang Vieng jest niedaleko, 170 kilometrów, ale ze względu na stan dróg podróż ma potrwać prawie cztery godziny. Pierwsza połowa drogi jest w miarę przyjemna, jezdnia biegnie po równinie, autobus pędzi przeganiając ze swej drogi wszystkie mniejsze pojazdy głośnym rykiem klaksonu. Po półtorej godzinie równina się kończy, wjeżdżamy w góry, prędkość autobusu spada drastycznie, pojawiają się zakręty. Na szczęście ktoś wysiada i mogę usiąść.
Wszystkie okna są otwarte, ale mimo to jest niesamowicie gorąco. Gdzieś z tyłu głośno płacze niemowlę, wysiłki matki nie skutkują, nie daje się dziecka uciszyć. W pewnym momencie autobus hamuje gwałtownie. Stado bawołów wodnych medytuje na środku jezdni, tuż za zakrętem, pojazd cudem nie uderza w najbliższe zwierzęta.
Siedząca obok mnie babcia zaczyna pluć i wymiotować na podłogę (na moją nogę też, ale wolę o tym nie myśleć). Powietrze przepełnia zapach starego piwa, na szczęście po chwili siedząca obok kobieta podaje babci plastikowy worek.
VangVieng
Vang Vieng, do czasu odkrycia przez przewodniki turystyczne było maleńką wioską położoną wśród gór. Niewielki szpital, dwie świątynie. Poletka ryżowe, rzeka, wszystko otoczone niezwykle malowniczymi wapiennymi wzgórzami.
To przyciągnęło turystów. Teraz Vang Vieng to dwie miejscowości. Ta stara, z domami na palach, błotnistymi ścieżkami, oraz nowa, pełna restauracji, wypożyczalni rowerów, kantorów wymiany walut. Można obejrzeć najnowszy hollywoodzki film, pobawić się internetem. Zjeść pizzę, wypić amerykańskie piwo.
Turystów cała masa, ale przy odrobinie wysiłku można zgubić tłumy i znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Znajduję więc hotel, pojedynczy pokój z łazienką za niecałe dwa dolary za dobę i po szybkim prysznicu wyruszam zwiedzać. Mam chyba pecha, w holu wita mnie kolejna staruszka, ta wygląda jakby przed momentem piła świeżą krew - bardzo mocno krwawią jej dziąsła. Na powitanie uśmiecha się do mnie szeroko, sprawia to dość makabryczne wrażenie i gdyby nie moje zmęczenie i lenistwo to pewnie poszukałbym innego miejsca do spania.
Próbuję przejść rzekę wpław, ale nurt jest trochę za szybki i kiedy woda zaczyna sięgać mi ponad kolana wycofuję się. Na drugi brzeg przechodzę po zbudowanym z desek moście, myto w wysokości tysiąca kip pobierane jest na środku rzeki. Plątam się trochę po poletkach ryżowych robiąc zdjęcia, potem wracam. W Sunset Restaurant wypijam piwo oglądając zachód słońca, potem, kiedy zaczyna się film, wracam do swojego pokoju.
autobus nr 2
Na następny dzień wcześnie rano idę na dworzec autobusowy (o ile dwa drewniane baraki można tak nazwać) i kupuję bilet do Luang Prabang.
Mam szczęście i pecha równocześnie. Jestem trzecim pasażerem (siedzenia są numerowane i trzeba siedzieć na wyznaczonym miejscu) i moje miejsce jest w środku pierwszego rzędu. Znaczy to, że mogę obserwować drogę przed sobą, ale nie mam prawie żadnego oparcia i trudno mi się utrzymać na siedzeniu.
Droga z Vang Vieng to prawie same zakręty, przejechanie niecałych czterystu kilometrów zajmuje ponad siedem godzin. Droga wiedzie przez góry, jezdnia jest wąska, kierowca prawie cały czas naciska na klakson. Na początku denerwuje mnie to, ale potem dochodzę do wniosku, że może to i lepiej, przynajmniej wiem, że facet nie śpi.
Przejeżdżam przez niezliczone wioski, właściwie to grupki niewielkich szałasów na palach. Wszyscy pracują, większość mieszkańców wydaje się być zajęta zbieraniem i suszeniem pewnego rodzaju trawy, z którego robi się miotły.
Wkoło masa dzieci, bawią się, ścigają, machają 'hello' do przejeżdżających pojazdów. Ale dzieci też pracują, starsze pomagają rodzicom, młodsze opiekują się tymi najmniejszymi.
Z reguły wioski położone są w miejscach, gdzie droga się na chwilę prostuje, autobus więc przyspiesza i wszystko co się rusza, a do tej chwili plątało się po jezdni - kury, kaczki, świnie, psy - wieje spod kół.
Droga pnie się do góry po niezliczonych zakrętach, znaki co jakiś czas ostrzegają o spadających ze zbocza kamieniach, osuwiskach, czy zwężeniach. W kilku miejscach jezdnia zredukowana jest do połowy swojej normalnej szerokości, w pewnym momencie, już niedaleko Luang Prabang, widzę wgłębienie w asfalcie i obok głaz wielkości samochodu osobowego.
W końcu po kolejnym zakręcie oczom ukazuje się dolina i - daleko pod nami, w widłach dwóch rzek - niewielkie miasto. To Luang Prabang, mówi ktoś siedzący za mną. Potrzeba jeszcze jednak kilkunastu minut i dwudziestu dwóch kilometrów, zanim autobus zajedzie na dworzec.
Luang Prabang
Luang Prabang to niewielkie miasto, do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku siedziba królów Laosu, w całości wpisane na Listę Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Po krótkich poszukiwaniach znajduję guesthouse, za trzy dolary za dobę, po odpoczynku wyruszam na zwiedzanie.
Miasto sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Też, tak jak wcześniej pełno jest tu turystów, ale jakoś nie rzucają się tak bardzo w oczy. Tubylcy zajmują się głównie obsługą ruchu turystycznego znajdując zatrudnienie w licznych restauracjach, sklepach z pamiątkami, niezliczonych guesthousach.
Również rzemiosłem, można przyjrzeć się jak powstaje papier z bambusa, a potem zeszyty czy abażury, starsze kobiety z okolicznych plemion sprzedają na bazarze tradycyjne stroje, haftując w wolnych chwilach.
Atmosfera podobna jak w stolicy, spokojnie, cicho, ludzie witają mnie słowem 'sabaidee,' jeszcze nie jest to 'hello.'
Nie znaczy to, że Luang Prabang jest zacofane, można poserfować po internecie, a za wstęp do świątyń trzeba płacić.
Jest akurat pełnia księżyca i z tej okazji w jednej ze świątyń odbywa się nabożeństwo z fantastyczną muzyką, jeden mnich, może piętnastoletni wali w wielki bęben, dwóch innych pobrzękuje na cymbałkach.
Jak zwykle w takich sytuacjach mój dyktafon został w guesthousie...
Ostatniego dnia próbuję kupić bilet do następnego miasta na mojej liście - Luang Namtha.
Po kilku godzinach, kiedy jestem odsyłany z jednej agencji turystycznej do drugiej, potem na dworzec, na który przyjechałem kilka dni wcześniej, okazuje się, że na początku roku firma obsługująca trasę Luang Prabang - Luang Namtha przeniosła się na drugi koniec miasta. Godzinę później (poszedłem na piechotę, lubię wędrować ulicami) docieram na miejsce, dziewczyna w okienku informuje mnie, że owszem, to jest właściwe miejsce, ale bilety na autobus można kupić dopiero w dniu odjazdu.
Typowy sposób myślenia, pytałem w pięciu miejscach, nikt nie pomyślał, żeby mnie o tym poinformować.
Następnego dnia rano, na dworcu w Luang Prabang dwie niespodzianki. Po pierwsze w dniu dzisiejszym nie ma transportu do Luang Namtha. Mogę pojechać do Udomxai (mniej więcej dwie trzecie drogi) i spróbować tam. Kupuję więc bilet i wtedy okazuje się, że pojadę nie autobusem, ale zwykłą ciężarówką. Mój plecak ląduje na dachu, i tu popełniam największy błąd dnia. Nie biorę pod uwagę pogody i przez następne cztery godziny marznę do kości. Pogoda się pogarsza, są chmury i jest wyraźnie zimniej, góry są jeszcze wyższe niż kilka dni temu, przez kilkanaście kilometrów ciężarówka jedzie 'w chmurach,' widoczność spada do kilkudziesięciu metrów.
Nie mam jednak czasu na zajmowanie się tymi sprawami, razem z resztą pasażerów biorę bowiem udział w grze pod tytułem 'kto na na najbliższej dziurze nie spadnie z ławki.' Droga jest coraz gorsza, gdzieniegdzie to po prostu bita, kamienista leśna ścieżka, bez asfaltu, za to z nadmiarem dziur, wyrw i wystających z gliny kamieni.
Do Udomxai dojeżdżam po pierwszej. Jest minibus do Luang Namtha, ale uznaję, że nie ma się co spieszyć. Zostaję na jeden dzień, zostawiam plecak w hotelu i razem z poznanym po drodze gościem z Izraela idę "zwiedzać" targowicę i dwie ulice na krzyż. Udomxai nie ma nic więcej do zaproponowania. Po godzinie idziemy na piwo do baru, gdzie spotykamy jeszcze dwie osoby, które jechały razem z nami z Luang Prabang. Siedzimy razem do wieczora wymieniając historyjki.
Luang Namtha
117 kilometrów do Luang Namtha zajmuje ponad cztery godziny. Droga jest w fatalnym stanie, na dodatek w nocy padał deszcz i w dwóch miejscach obsunęła się ziemia, spychacze i koparki są już na miejscu, ale musimy czekać, aż się uporają ze swoim zadaniem.
Dodatkowo musimy stawać kilka razy do policyjnej kontroli. Jesteśmy w Złotym Trójkącie, przygranicznym regionie Laosu, Birmy i Tajlandii, gdzie produkuje się większość światowej heroiny i opium.
Kontrole są pobieżne, tylko dokumenty kierowców i rzut oka na bagaże, ale i tak zajmują trochę czasu.
W Namtha, jak nazywają miasto miejscowi, przez godzinę szukam z Eitanem (tym gościem z Izraela) baru internetowego, dopóki ktoś nie mówi nam, że takiego luksusu tutaj jeszcze nie ma, nawet prąd jest włączany tylko wieczorem, na cztery godziny.
Idziemy więc do jedynego w mieście biura turystycznego i zapisujemy się na jednodniową wycieczkę po okolicznych wioskach.
Rankiem następnego dnia razem z czterema osobami z Holandii idziemy na trek.
Trasa wycieczki prowadzi najpierw przez pola ryżowe, teraz leżące odłogiem bo to nie sezon, potem wchodzimy do dżungli. Przewodnik co chwilę zatrzymuje się pokazując nam a to liść, a to kawałek korzenia, a to kwiat. Z jednego robi się barwnik, to jedliśmy wczoraj na kolację, z tego mieszkańcy wiosek robią to czy tamto. Dżungla jak na filmach, parno, gorąco, pod nogami chlupie błoto.
Odwiedzamy trzy wioski. Pierwsza jest bardzo biedna, prawie pusta, tylko dzieci i starsi ludzie, wszyscy w wieku produkcyjnym są w Namtha. Następne wioski są bardziej cywilizowane, są motocykle, jakiś stary traktor, najbardziej podoba mi się antena satelitarna na dachu drewnianej budy.
W drugiej wiosce jemy obiad, przygotowane przez mieszkańców wioski lokalne dania, takie sobie.
Następnego dnia muszę już niestety jechać. Kończą mi się pieniądze, a do domu pięć tysięcy kilometrów. Na dodatek zbliża się Chiński Nowy Rok i w tym okresie cała populacja Chin podróżuje więc są problemy z transportem.
Do granicy jeszcze sześćdziesiąt kilometrów, przebita opona, trzy kontrole policji (tym razem poważne, muszę pokazać paszport, miejscowi muszą otwierać swoje bagaże). Na granicę docieram około dziesiątej. Po laotańskiej stronie nie mam żadnych problemów, po chińskiej, owszem. Rozmawiam sobie spokojnie z celnikiem, kiedy ten przegląda mój paszport, dopóki facet nie orientuje się, że ja mieszkam (a nie tylko podróżuję) w Chinach. Żąda, żeby pokazać mu kartę pobytu (dokument potwierdzający legalność zatrudnienia), niestety, ja swoją kartę zgubiłem kilka dni przed wyjazdem z Chin miesiąc wcześniej. Cóż robić, postanawiam, że nie mówię po chińsku i mówię mu, że nie rozumiem jego pytań, 'wo ting bu dong' (dosł. słyszę, ale nie rozumiem). Facet wzywa swojego szefa, trwa wymiana zdań i dopiero po pięciu trudnych minutach mnie puszczają.
(swoją drogą to ciekawa by była (w pewnym sensie) taka sytuacja. gdyby nie wpuścili mnie do Chin, zostałbym bez pieniędzy, bez możliwości wjazdu do Chin, bez laotańskiej wizy, w strefie 'ziemi niczyjej' pomiędzy granicami obu krajów.
 hmm...)
04.2002

Opinie

Polityka prywatności | Ostatnia modyfikacja: 13.07.2010 16:07 | Powered by Actualizer CMS
Tworzenie stron www Projektowanie stron www