foto - ag.com
Chiny - Malezja - Hong-Kong
Kambodża - Laos - Tajlandia
Wietnam - Singapur - Makau
Logowanie
login:
hasło:
Zapamiętaj mnie
Shanghai

Singapur

Newsletter
Zawsze aktualne informacje
Jesteś tutaj: Start > Teksty > Singapur

Singapur 2006

Podobne strony:

Tajlandia 2006 – opis podróży

Napiwki 1313

Singapur 2006 – opis podróży

Malezja 2006 – opis podróży

WITAMY W SINGAPURZE, oświadcza karta wjazdu/wyjazdu, którą steward rzuca na siedzenie obok mnie. Nie, żeby mnie nie lubił, po prostu tutaj ludzie tak 'podają' sobie przedmioty.

Podnoszę kartę, w lewym dolnym rogu, mniejszą czcionką, ale na czerwono, więc przyciąga wzrok, kolejny komunikat - ŚMIERĆ PRZEMYTNIKOM NARKOTYKÓW.
To nie są puste słowa, regularnie przemytnicy narkotyków lądują na długie lata w więzieniu, egzekucje też mają miejsce, około miesiąc przed moją wizytą w Singapurze 25-letni Australijczyk został stracony za przemyt heroiny.
Samolot ląduje o piątej rano, lotnisko jest prawie puste, ale najważniejsze instytucje, kantor wymiany walut, informacja turystyczna, restauracja jakiejś sieci fast-food są otwarte i mają klientów.
Przechodzę przez kontrolę paszportową i celną bez żadnych problemów, trochę się obawiałem, bo podróżuję z wypisanym ręcznie tymczasowym paszportem, ale poza tradycyjnym, 'czy to pańska pierwsza wizyta w Singapurze?' celnik prawie na mnie nawet nie patrzy.
Metro do centrum zaczyna działać już niedługo, ale pociągi odjeżdżają z innego terminalu. Jest co prawda darmowy transport, ale pierwszy mini-pociąg odchodzi o szóstej rano, za 40 minut. Postanawiam więc, że pójdę piechotą, to tylko 600 metrów.
Zbliżam się do automatycznych drzwi, które prowadzą na zewnątrz, drzwi otwierają się z cichym sykiem i ja zatrzymuję się w pół kroku, dosłownie uderzony ścianą duszącego, gorącego, wilgotnego powietrza. Kiedy opuszczałem Szanghaj kilka godzin wcześniej temperatura wynosiła pięć stopni ciepła, w Singapurze jest ponad trzydzieści, wilgotność podobna, ale tutaj wilgoć w powietrzu dusi.
Nie ma mowy, żebym szedł, nie z moimi plecakami (miesiąc później po powrocie do Szanghaju zważę je, ten ze sprzętem foto waży 10 kilogramów, ten z ubraniami 12...).
Wracam do środka, idę do ubikacji i przebieram się w podkoszulek i krótkie spodnie, następnie siadam na fotelu i czekam na pociąg.
Docieram do stacji metra położonej niedaleko mojego hotelu około siódmej rano. Nadal jest ciemno, ale decyduję się iść. Mam mapę, która mniej więcej pokazuje, w którą stronę powinienem pójść, więc, wierząc mojemu poczuciu kierunku i zdolności korzystania z mapy wychodzę.
Wkrótce jednak gubię się kompletnie, mapa, którą mam, pokazuje tylko główne ulice, nie pokazuje tych mniej ważnych. Wiem, że jestem we właściwej okolicy, znajduję Joochiat Avenue, Joochiat Lane, oraz Joochiat Place, ale nie Joochiat Road, przy której ma się znajdować mój hotel.
W końcu, kiedy zaczyna się rozjaśniać i robi się cieplej, zatrzymuję taksówkę.
Joochiat Road, pyta kierowca, ale to o tam... macha ręką. Wiem, odpowiadam, ale chodzę już od godziny i nie mogę jej znaleźć.
Trzy minuty później samochód zatrzymuje się przed hotelem. Daję znać w recepcji, że jestem, zostawiam plecak z ubraniami i od razu znowu wychodzę.
Tym razem bez problemów znajduję stację metra (godzinę wcześniej powinienem był, wychodząc z niej, skręcić w prawo, a nie w lewo), wsiadam do pociągu i jadę do hinduskiej dzielnicy Little India.
Na miejscu jestem przed dziewiątą, w sklepach i restauracjach dopiero teraz zaczyna się nowy dzień. Chodzę sobie po okolicy, robię (taka rozgrzewka) 60 zdjęć, co jakiś czas muszę przystanąć dla odpoczynku, gorąco już o tej porze dnia jest trudne do zniesienia. Od czasu do czasu muszę też przypominać sobie, że jestem w Singapurze, i że tutejsze prawo jest znacznie surowsze niż w Chinach - trochę paranoiczne jest, muszę przyznać - i nie można, na przykład, przechodzić przez ulicę gdzie się chce, albo palić w miejscach publicznych.
Zasady złagodniały trochę w ostatnich latach, ale wciąż wszędzie wiszą znaki typu: 'zakaz palenia, grzywna S$500, 'zakaz sikania po murach (nie, żebym miał to w planie...), grzywna S$200,' 'zakaz wnoszenia jedzenia i napojów, grzywna S$10,000,000' - OK, OK, z tą ostatnią kwotą to trochę przesadziłem..
Dzwonię do mojego znajomego i w południe spotykamy się na stacji metra China Town. Chińska dzielnica rozczarowuje, jest zatłoczona do granic możliwości, głośna, nieprzyjemna.
Po krótkim spacerze chowamy się przed hałasem i słońcem do pobliskiego food court'u.
Food courty to tanie jadłodajnie, świetna sprawa. Są wszędzie, w pobliżu większości stacji metra, zazwyczaj są klimatyzowane (to wielki, wielki plus), są zatłoczone, ale czyste i bezpieczne - kolega bez strachu zostawia swój plecak przy jednym ze stolików i idzie kupić coś do jedzenia, ja nie jestem taki odważny, cały sprzęt fotograficzny, dokumenty i pieniądze mam przy sobie i na moment nawet plecaka z oczu nie spuszczam.
Jedzenie - do wyboru do koloru, hinduskie, malezyjskie, indonezyjskie dania; zupy, ryż, makaron, wegetariańskie, owoce morza, mięso, gotowane, smażone, na co się tylko ma ochotę.
Po obiedzie znowu idziemy do metra i jedziemy na Orchard Station, na mrożona kawę. Siadamy na chodniku pod parasolem, na dwugodzinną sesję obserwowania ludzi na ulicy.
Bardzo miło się rozmawia, mrożona kawa, chociaż jest zdecydowanie za słodka, dodaje sił, ale poprzedniej nocy spałem tylko kilka godzin, plus wysysająca siły temperatura równikowego prawie słońca (Singapur leży nieco ponad sto kilometrów na północ od równika), sprawiają, że wkrótce oczy zaczynają mi się zamykać wbrew mojej woli.
Żegnam się więc, wracam do hotelu, po prysznicu i nastawieniu klimatyzacji na najniższą możliwą temperaturę, padam na łóżko i już około ósmej wieczorem zasypiam.
Następnego dnia rano jadę do dzielnicy finansowej. Jest wyraźnie inna od Little India i China Town, jest tu mniej ludzi, przeważają formalne biurowe stroje, więcej jest ludzi o europejskich rysach twarzy. Stalowe i szklane wieże zasłaniają niebo.
Chodzę sobie po okolicy, wzdłuż Singapore River, w stronę the Esplanade - Theatres on the Bay, kompleksu teatralnego, zwanego przez mieszkających w Singapurze obcokrajowców 'Durianami,' ponieważ budynki przypominają te, dość smaczne, ale niezwykle śmierdzące, owoce.
Po krótkiej przerwie w cieniu Durianów kontynuuję. Chcę przejść na drugą stronę Mostu Esplanade, kiedy dwie turystki z Japonii proszą mnie o zrobienie im zdjęcia aparatem jednej z nich.
Spełniam prośbę, oddaję aparat, kobiety odchodzą i wtedy jak z pod ziemi pojawia się obok mnie wysoki, chudy jak szczapa Hindus. Ma na sobie białą koszulę, krawat, beżowy turban, ma telefon komórkowy, wygląda dość dystyngowanie.
Jesteś dobrym człowiekiem, odzywa się po angielsku z bardzo silnym akcentem, pomogłeś nieznajomym. Dużo szczęścia cię czeka, ale jemu też trzeba pomóc...
Hehehe, wiem o co chodzi, ale nie chcę być niegrzeczny. W każdym razie jeszcze nie teraz.
Facet zaczyna swój monolog, słucham go jednym uchem, staram się unikać kropelek śliny, która wylatuje mu z ust i równocześnie rozglądam się na boki i czekam na dogodny moment, żeby przerwać mu przemowę i pójść sobie.
Mówi mi, że może mi pomóc w zdobyciu szczęścia, coś o magii; żeby udowodnić, że coś w tym jest wyciąga z kieszeni kawałek papieru i długopis, coś pisze, zwija papier w rulonik. OK, mówi, wybierz liczbę, jeden, dwa, albo trzy. Wybieram trzy. Teraz wybierz jeden z kwiatów, lilia, stokrotka, róża. Wybieram różę. Jeszcze jeden wybór, facet rozwija papierek, trafiłem dwa z trzech wyborów.
Teraz inny test, mówi i wyciąga z kieszeni coś co przypomina wyschniętą pestkę z brzoskwini. Zawija pestkę w papier, kładzie zawiniątko na moją dłoń i zaczynając nazywać je 'świętym kamieniem' mówi do mnie - chociaż w trzeciej osobie - jak jest bogatym człowiekiem, to za ten święty szczęśliwy kamień da mi tysiąc dolarów (dolarów singapurskich - przyp. autor), jeżeli jest średniobogatym człowiekiem da mi 500 dolarów, jeżeli jest biednym człowiekiem, da mi sto dolarów.

Oszalał z tego gorąca, myślę, albo musi myśleć, że jestem naprawdę głupi, tysiąc Sing-dolarów to DUŻO pieniędzy, w życiu bym komuś tyle nie dał w celu 'pomocy mojemu szczęściu,' no chyba, na przykład, gdyby to była jakaś solidna rada dotycząca funduszy inwestycyjnych, albo czegoś w tym stylu.

Nie wiem do której kategorii bogactwa mam się zaklasyfikować, ale mówię, ha ha, nie sądzę, proszę, twój kamień. Facet patrzy na mnie, jakbym zrobił mu coś naprawdę strasznego. 50 dolarów, mówi. Nie, odpowiadam, nie robię takich rzeczy, nie daję tak o po prostu ludziom pieniędzy.
Więc chociaż na coś do jedzenia.
Nie...
Zaczynam przechodzić przez most, ale widzę, że niedaleko jakiś starszy mężczyzna rozkłada na chodniku dziwnie wyglądający sprzęt do łowienia ryb, wiec przystaję, żeby zobaczyć jak się tym łowi.
Naciągacz przechodzi koło mnie, patrzy na mnie brzydko i mruczy coś pod nosem.
Po paru minutach ruszam dalej, idę w pobliże figury przedstawiającej Merliona, dziwną figurę, pół-syrenkę, pół-lwa, wymyśloną w latach 60tych ubiegłego wieku i mającą być symbolem Singapuru.
Następnie idę do dzielnicy kolonialnej, przechodzę obok budynków magistratu i Sadu Najwyższego. Rozmyślam o przygodzie z Hindusem i układam sobie w głowie maila, którego wieczorem napiszę do znajomych, idzie mniej więcej tak: ... powiedziałem 'nie' i oddałem gościowi jego 'kamień.' Nie był za szczęśliwy i wyglądało, że rzuca na mnie klątwę, więc jeżeli umrę niedługo jakąś paskudną śmiercią, na przykład uduszony w środku nocy przez owiniętego bandażami nieboszczyka - to przez niego...
Minutę później okazuje się, że klątwa była znacznie szybsza w działaniu, jakiś ptak obsrywa mi głowę i lewe ramie... Dziwię się, że nie ma nigdzie w Singapurze tabliczek z napisem - Zanieczyszczanie turystów zabronione, grzywna 1000S$...
Czyszczę się z paskudztwa jak mogę najlepiej, dzięki bogu za chusteczki higieniczne, i opuszczam tą niebezpieczną okolicę.
Następnie kupuję bilet na autobus do miasta Mekala na zachodnim wybrzeżu półwyspu malezyjskiego w Malezji - chciałem jechać na wschodnie wybrzeże, ale trwa jeszcze sezon monsunów i nie ma autobusów jadących z Singapuru w tamtą stronę - i znowu spotykam się ze znajomym na kawie.
Po południu zaczyna padać, prawdziwie monsunowa ulewa, która przegania ludzi z chodników i zatrzymuje ruch na ulicach. Trwa godzinę, kiedy się kończy ulice zapełniają się błyskawicznie ludźmi i Singapur wraca do życia.
Ostatniego pełnego dnia pobytu w Singapurze załatwiam trochę spraw związanych z podróżą, wymieniam pieniądze, piszę kilka szybkich maili, kupuję pamiątki, a następnie jadę do parku Jurong w zachodniej części wyspy. Dotarcie na miejsce zajmuje mnóstwo czasu, jest gorąco nie do wytrzymania, ale wyjazd jest bardzo udany, robię kilkaset zdjęć (cześć tutaj). Po ponad godzinnej podróży autobusem i metrem do centrum Singapuru idę na pożegnalną kolację z moim kolegą. Poprzednio chodziliśmy do food court'ów, ale tym razem, dla uczczenia spotkania (nie widzieliśmy się ponad pół roku przed moim przyjazdem, i po nim nie zobaczymy przez znacznie dłużej), idziemy do lokalnego oddziału restauracji Hooters.
Kolacja jest OK, jeżeli nie brać pod uwagę siedzących wokół amerykańskich gówniarzy, podpitych, głośnych, denerwujących.
Po kolacji, kiedy idziemy do metra, przechodzimy koło niewielkiego parku rozrywki, w którym można, między innymi, spróbować skoku bungee, ale w drugą stronę, do góry. Akurat trzech amerykańskich żołnierzy (w porcie stoi okręt US Navy) jest przypinanych do miejsc w kapsule, liny naciągają się i kapsuła wystrzela w górę.
Dzikie wrzaski, trochę przekleństw, szaleńczy śmiech, (skok na bungee jest na mojej liście rzeczy do zrobienia, ale miejsce, gdzie można to zrobić w Szanghaju jest nieczynne, po, podobno, śmiertelnym wypadku, do którego tam doszło - ale nie byłem w stanie tej informacji ani potwierdzić, ani zdementować), musi to być trochę straszne, nie dla tchórzliwych, ale na pewno bardzo ciekawe doświadczenie.

Żegnam się z kolegą, wracam do hotelu, pakuję się i idę spać. Bardzo wcześnie rano następnego dnia wychodzę z hotelu, jadę do dzielnicy Kampong Glam i wsiadam do autobusu do Melaki.
Godzinę później docieram do punktu granicznego, znowu bez żadnych problemów przechodzę wszystkie kontrole, nikt się mnie nie pyta, czy mam wystarczającą ilość pieniędzy, nikt nie sprawdza moich bagaży.
Razem z garstką innych pasażerów wracam do autobusu i po moście przejeżdżam na drugą stronę cieśniny, do Geylang Patah w Malezji.
Trzy dni w Singapurze – Koniec.
04.2006

Opinie

Polityka prywatności | Ostatnia modyfikacja: 13.07.2010 16:07 | Powered by Actualizer CMS
Tworzenie stron www Projektowanie stron www